Ta prosta platformówka nadaje się tylko do zajmowania młodszego brata, kiedy starszy robi coś ciekawego. Fani słynnego komiksu mogą zacząć się chlastać.

Na opakowaniu czytamy, że gra powstała na podstawie komiksu. W rzeczywistości są tu tylko znajome postacie i parę kadrów, fabuła nie ma z komiksową Szkołą latania nic wspólnego.
A wygląda tak: zbójcerze napadli na gród Mirmiła, więc Kajko i Kokosz muszą dotrzeć do szkoły latania, by ich pokonać. Zabawa polega tu na przechodzeniu plansz, po których łażą przeciwnicy, biciu ich piąchą i zbieraniu złotych monet. Czasem przekładamy gdzieś wajchę czy unikamy wyskakujących z ziemi kolców i raz na jakiś czas skaczemy z jednej platformy na inną. Na końcu, kierując Mirmiłem, zdajemy egzamin z latania i biegniemy z powrotem do Mirmiłowa, by dolać zbójcerzom.
Do historii z komiksu ma się to nijak i gra mogłaby się równie dobrze nazywać Kangurek – Ogórek, Kiełbasa i Sznurek, gdyby akurat takich bohaterów narysowali jej twórcy. Ale narysowali Kajka i Kokosza, gramy więc jednym lub drugim. Różnią się wyglądem i niektórymi ciosami. Kajko jest mniej więcej taki jak w komiksach, ale Kokosz wygląda jak swoja karykatura, a do tego chodzi, zataczając się na boki i machając łapami jak Jar Jar Binks. Nawet biorąc poprawkę na fakt, że jest to gra dla dzieci, efekt jest mocno żałosny. Nie taki był na kartkach.
Konstrukcja plansz jest bardzo prosta. Czy zwiedzamy gród, las czy góry, wszędzie chodzi tylko o parcie przed siebie, bicie zbójcerzy, rozwalanie skrzynek i zbieranie pieniążków. Po nazbieraniu określonej ich liczby zwiększa się limit żyć. Te zaś tracimy, gdy zbójcerz dziabie nas mieczem czy pakujemy się w kolce.
Niby okazji do utraty życia jest sporo, bo zdarzają się wrogowie rzucający wybuchowymi kociołkami i pułapki z toczących się beczek. Ale trzeba być gapą, by życie stracić, bo gra jest łatwa. Na niskim poziomie trudności wrogowie są niemrawi i padają od jednego ciosu, a na wysokim wciąż są niemrawi, tylko trzeba im przyłożyć parę razy. Jednak w wielu miejscach leżą życiodajne serduszka i nawet sześciolatek nie uzna tej gry za trudną.
Problemy zdarzają się tylko na planszach z wieloma odnogami, gdzie nie zawsze oczywiste jest, dokąd należy pójść. Są też miejsca, w których należy zrobić coś niezwykłego, aby osiągnąć określony efekt: potrząsnąć drzewem, by spadły pieniążki czy podskoczyć, by wpaść do ukrytej komnaty. Ponieważ jednak miejsca te są zaznaczone migoczącymi gwiazdkami, zadaniem gracza jest jedynie ich zauważenie i odgadnięcie, co należy przycisnąć.
Od strony technicznej gra jest równie nieskomplikowana. Sterujemy klawiszami kursora, lewym przyciskiem myszy wyprowadzamy ciosy, prawym skaczemy. Zbliżony poziom prostoty cechuje grafikę. Kolorowe kulki udają krzaki, domki przedstawione są bez zbędnych dodatków, postacie wykonują tylko po kilka ruchów. Do tego gdzieniegdzie pełznie jeż z nadzianymi na kolce jabłkami, kica wiewiórka i rośnie muchomorek – dzieciom może się podobać, ale nie gwarantuję, że będzie.
Wyjątkowo wstrętna, przynajmniej dla dorosłego ucha, jest muzyka. Krótkie, powtarzające się melodyjki w stylu wczesnego disco polo brzmią jak skomponowane jedną ręką na byle trackerze – po paru chwilach skocznego umpa-umpa można dostać kota.
Szkoła latania to prosta gra dla tych młodszych małolatów nie dbających zanadto o Kajka i Kokosza. Co tu więcej dodawać? Może tylko to, że średnio rozgarnięty sześciolatek przejdzie ją całą w jedno popołudnie.
Recenzja ukazała się w PLAY 6/2005
Recenzja Kajko i Kokosz: Szkoła Latania Opinii: 1
Recenzja Constantine
Recenzja Second Side
Recenzja Peter Jackson’s King Kong
Recenzja Obscure II
Recenzja Tomb Raider Underworld






BRAK KOMENTARZY