Po raz pierwszy na pecetach i od razu na tronie. I to wcale nie dlatego, że ostatnio nie było żadnego srogiego przeciwnika w gatunku kaskaderskich wyścigów. Ta gra jest po prostu rewelacyjna w każdym calu!

Gdybym miał porównać ten tytuł do akcji z fi lmu, byłby to na pewno pościg z Blues Brothers. Wiecie, muzyczni bracia suną bluesmobilem gonieni przez tabuny radiowozów. Kilka fajnych manewrów i oglądamy historyczną scenę, jak policyjne auta wpadają na siebie, tworząc coraz większy stos wraków przy słodkich dźwiękach bluesa. Taka właśnie jest ta gra. Szybka, efektowna, miła dla oka, prosta, dająca masę pola do popisu. A w tle cały czas muzyka.
PECETOWA PRZEWAGA
Czas oblać nasze serca miodem: ta wersja jest lepsza od konsolowej. I to dużo. Przede wszystkim lepsza grafa. Poczucie prędkości jest jeszcze mocniejsze. Criterion majstrował przy efektach, dołożył kilka nowych fi ltrów i wynik jest świetny. Po drugie wszystkie dodatki, na które na konsolach trzeba było czekać, wersja pecetowa ma w standardzie. Jest poprawiający błędy Cagney z kilkoma dodatkowymi autami, w tym skinami zrobionymi przez Crazysztofa z Polski. Jest dodatek z motocyklami, który dorzuca nowe typy wyścigów, dynamiczny system dnia i nocy oraz pogody. Jest też party pack, czyli świetne pole do pojedynków na imprezach. Walczyć może do ośmiu osób, co trochę dziwi, bo gra się na przemian, a nie jednocześnie. Rozgrywane są konkurencje w trzech kategoriach: akrobacji, umie-jętności i prędkości, a w każdej jest chora liczba wyzwań, więc zaczynają się powtarzać dopiero po serii długich imprez. Zadania z pierwszej grupy polegają na wykonaniu jakiejś fi kuśnej sztuczki, choć bez przegięć, żeby świeżaki też dały radę. Trzeba na przykład zrobić beczkę w powietrzu i później wylądować na kołach. Grupa umiejętności jest chyba najciekawsza i najzabawniejsza. Należy na przykład driftować wokół okrągłej fontanny, tyle że z… odwróconym sterowaniem. Można się popłakać ze śmiechu, kiedy koleś szoruje zderzakiem o mur. Wyzwania prędkości to szalone rajdy na czas. Trzeba na przykład skosić dwa billboardy i wrócić na start. Wszystko w gęstym ruchu, a kraksa oznacza porażkę – jest się przy czym spocić.

MASA PRACY
Nie da się wysiadać z aut, ale jest nie mniej roboty niż w GTA. Na każdym skrzyżowaniu czeka konkurencja. Poza klasycznymi wyścigami do punktu jest Stunt Run, w którym czeszemy triki na punkty, Marked Man, gdzie uciekamy przed goniącą nas sforą i kozacki Road Rage, w którym niszczymy innych. Są jeszcze skoki kaskaderskie i poprawianie rekordów czasowych konkretnych ulic – szarżujemy od początku i dobijamy do końca, by wyśrubować rekord. Niszczymy też billboardy i bramki strzegące skrótów.
Gra opiera się na stopniowym systemie praw jazdy i jest totalnie nieliniowa – musimy tylko osiągnąć ustalony pułap przejechanych wyścigów. Po zdobyciu następnego papierka wszystko się resetuje, więc możemy zaliczać przejechane wyścigi drugi raz. Wielu na to narzeka, ale spójrzmy prawdzie w oczy – przejście tej gry na sto procent zajęło mi ponad czterdzieści pięć godzin, więc nawet jeżeli któryś wyścig zaliczałem trzy razy, to i tak tego nie pamiętałem.

Jeździmy po otwartym, dużym mieście, na początku normalnymi drogami za pomocą nawigacyjnych ułatwień, później szusujemy jak wściekli, używając skrótów – śmigamy po dachach, przeskakujemy autostradę albo wbijamy się na jakieś górskie ścieżki, próbując zdobyć przewagę nad rywalami. To jest w tej grze najlepsze, zapamiętanie najważniejszych ścieżek przychodzi bardzo szybko, a sukcesywnie odkrywane skróty rozwijają wachlarz ścieżek do jakiejś totalnie chorej liczby. Pod tym względem projekt miasta jest mistrzowski. Orientację ułatwiają mapka, kompas i to, że każda ulica ma własną nazwę. Gra ustala najlepszą trasę, ale nie uwzględnia skrótów i szybko trzeba szukać alternatyw. Potrzebę skrętu sygnalizują podświetlenie nazwy ulicy i włączony kierunkowskaz – nie trzeba odrywać uwagi od drogi.
WYŚCIGOWE TROFEA
Grupy pojazdów różnią się prowadzeniem i sposobem zdobywania dopalacza. Samochody kaskaderskie są najprzyjemniejsze, gracko się nimi skacze, szybko reagują na klawisze i lecą daleko po wybiciu. Nitro zdobywają klasycznie, przez drogowe wariactwo – jazda pod prąd, skoki i mijanie o włos. Agresory to przyciężkie, toporne i dość wolne bryki, ale by je zatrzymać, potrzeba tsunami. Dopalacz nabija się, niszcząc otoczenie. Pojazdy sportowe to demony szybkości, a umiejętnie je prowadząc, można cały czas jechać na nitro. Wypalając butlę dopalacza, robię tak zwany burnout, jeśli pomogę szczęściu, wykonując trudną sztuczkę. Dzięki temu śmigam z kosmiczną prędkością, o ile tylko ujarzmię te narowiste bestie.

Na początku jeżdżę wolnymi autami, stopniowo przesiadając się do coraz szybszych maszyn. Tempo rośnie powoli, więc to świetny trening refl eksu. Przed końcem trzeba śmigać instynktownie, bo nie ma czasu na błędy: bolid F1 sunie tak szybko, że bez treningu ciężko wejść w zakręt bez kraksy. To może sprawiać nowym najwięcej problemów – nawet lekkie przycierki regularnie kończą się efektownym dachowaniem. Na początku może to być zabawne, potem frustrujące, z czasem człowiek się przyzwyczaja. A pojazdy niszczą się megaefektownie.
TECHNICZNIE OSTRA
Sterowanie klawiaturą jest zadziwiająco wygodne, choć oczywiście lepiej mieć pada. Auta prowadzi się lekko, a motocyklem jeździ się nawet łatwiej. Da się ciągle jechać na tylnym kole bez przerw na skręcanie. Nieźle. Tryb multi jest ogromny. Poza trybami z singla ma masę własnych wyzwań. Na przykład siedmiu ustawia się bokiem do skoczni, a ósmy przeskakuje nad nimi jak w pokazach kaskaderskich. Odlot, choć czasem ważna jest współpraca i gdy trafi się tępa ekipa, wymiatacze mogą wymięknąć.

Ta gra to czyste szaleństwo. Samo jeżdżenie po mieście to przyjemność, wygrywanie wyścigów podbija wskaźnik upojenia do góry, a niszczenie konkurentów poprzez wpychanie ich na czołówki i obserwowanie efektownej kraksy bawi zawsze.
Recenzja ukazała się w PLAY 2/2009
Recenzja Burnout Paradise The Ultimate Box Opinii: 1
Recenzja Kajko i Kokosz: Szkoła Latania
Recenzja Harry Potter i Czara Ognia
Recenzja Constantine
Recenzja Second Side
Recenzja Peter Jackson’s King Kong




BRAK KOMENTARZY